XX JUBILEUSZOWY Festiwal Kultury Ukraińskiej w Koszalinie       28 czerwca - 3 lipca 2011

Festiwal – broń i katalizator

Rozmowa z Jerzym Rejtem o Festiwalach Kultury Ukraińskiej w Polsce.

Jaką rolę Festiwalu Kultury Ukraińskiej widzi były prezes Związku Ukraińców w Polsce (1990–1996), aktywny członek Chóru męskiego „Żurawli”, wieloletni działacz sfery kultury i jeden z głównych organizatorów kilku minionych festiwali, Jerzy Rejt? Według jego słów, czas pomyśleć nad formułą funkcjonowania tej największej ukraińskiej imprezy w Polsce, szczególnie w kontekście innych wydarzeń regionalnych, jednak nie warto skreślać go z listy naszych inicjatyw. Według Jerzego Rejta warto przywrócić Festiwalowi jego niegdysiejszy mobilny charakter, organizować imprezę w tych miejscach, gdzie może on przynieść maksymalny efekt dla ukraińskiej społeczności w Polsce i kultury ukraińskiej w ogóle.

Jakie pierwsze skojarzenia przychodzą Panu na myśl w związku z Festiwalem Kultury Ukraińskiej?

– Przede wszystkim – Sanok lat 60-tych i uświadomienie tego, co z nami, Ukraińcami, zrobiła Akcja „Wisła”. Z drugiej strony – udział w tym Festiwalu był swego rodzaju dawką pozytywnej energii. Zobaczyłem, że nie jestem sam, że jest wielu ciekawych ludzi z silną tożsamością narodową, miłością do tradycji i całego dorobku naszych przodków. Ważne było też to, że było to doświadczenie młodej osoby, która udzielała się w jednym z chórów, gdzie oprócz sztuki śpiewu udało się nauczyć nawiązywania bezcennych kontaktów w środowisku ukraińskim. Potem podobne sytuacje miały miejsce z moimi dziećmi. Z Festiwali wracały naładowane pozytywną energią. Możliwe, że właśnie tam dzieci odczuwały tę siłę, która płynie z wielkiej ilości bliskich ludzi, zebranych w jednym czasie i w jednym miejscu. Taka jest specyfika naszego rozproszenia. Myślę, że na festiwalach działał uniwersalny mechanizm, bo wielu innych uczestników tych niezapomnianych wydarzeń przeżywało to samo, co ja. Należy pamiętać, że w owe czasy festiwal był jedynym miejscem, gdzie Ukraińcy spotykali się masowo. W tej masowości można było podładować swoje narodowe akumulatory.

Jakie inne zadania spełniała ta impreza?

– Główne zadania są aktualne i dzisiaj, choć wiele się zmieniło, na przykład co do możliwości pokazania swojego ukraińskiego stanowiska. Pierwsze festiwale były podsumowaniem naszej działalności artystycznej, w tym działalności zespołów, ale świadczyły one też o poziomie pracy w szkołach (amatorska działalność społeczności miała szansę „wyjść na zewnątrz”). Kolejny moment – próby pluralizmu, co dokładnie widać pod koniec lat 80-tych i na początku lat 90-tych, kiedy na festiwalu pojawia się propozycja różnych kierunków w sferze kultury. Natomiast kiedy festiwal wędrował, odwiedzając Sanok, Kętrzyn, Koszalin i inne miejsca, to bardzo silnie zaznaczał się jego integracyjny charakter. „Spotykał” on ukraińską społeczność, przy czym wtedy akcentu nie stawiało się na wyjątkowo wysoki poziom artystyczny, ale przede wszystkim na to, żeby po prostu dać ludziom możliwość kontaktu z kulturą ukraińską. Były również próby wychodzenia z naszą kulturą do polskiej społeczności – przybliżenia jej twórczych zdobyczy Ukraińców w Polsce, oraz Ukrainy w ogóle. W taki świadomy, czy nieświadomy, sposób, odbywała się ewolucja pewnych zadań. Jednakże, Festiwal miał często również polityczny wymiar, jak na przykład w Sanoku, gdzie impreza była pierwszym po wysiedleniu masowym przedsięwzięciem na ziemiach ojczystych. Wtedy nie było już strachu, ale pozostały jeszcze pewne wątpliwości co do tego, jak zostaniemy przyjęci przez miejscową polską społeczność.

Czy na listę Festiwali, powiedzmy, „historycznych” można wpisać Festiwal 1989 roku, który odbywał się w gorącym, nie tylko dla Polski, ale i dla Ukraińców nad Wisłą, okresie?

– Na pewno. Żeby zrozumieć specyfikę Festiwalu 1989 r., trzeba przypomnieć sobie ówczesną sytuację. Organizatorem festiwalu było jeszcze Ukraińskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne (UTSK), ale właśnie ta impreza pokazała, że poglądy tej organizacji i jej członków oraz widzów koncertów są rozbieżne. Był to czas radykalnego okazania braku zaufania do kierownictwa UTSK, które pogubiło się w ówczesnej sytuacji politycznej. Podczas Festiwalu zaczął być realizowany inny scenariusz, gdzieś podziali się oficjalni prowadzący, a chór Żurawli wyprowadził na scenę niedawno wybranego z list „Solidarności” ukraińskiego posła Włodzimierza Mokrego, a także ukraińskiego dysydenta Mychajła Horynia, barda Wasyla Żdankina i innych. Wtedy po raz pierwszy publicznie powiewała niebiesko-żółta flaga i zabrzmiał hymn „Szcze ne wmerła Ukraina”. Hymn, rozpoczęty przez Żurawli, po raz pierwszy w Polsce po II wojnie światowej, bez chowania się, śpiewało kilka tysięcy ludzi. Niektórym wówczas zakręciła się łza w oku. Stworzony w 1972 r. przez Jarosława Polańskiego i Mychajła Struminskiego, chór Żurawli, który nie raz miewał problemy z powodu prób włączania w repertuar pieśni cerkiewnych czy kozackich, teraz dawał ludziom to, czego oczekiwali, a nie to, co zaplanowali skompromitowani organizatorzy festiwalu. To był bodziec, potem wszystko rozwijało się stosunkowo szybko. Kilka miesięcy po festiwalu kierownictwo UTSK złożyło swoje pełnomocnictwa. Właśnie ten festiwal przyczynił się do aktywizacji społeczności. Później, kiedy utworzono Związek Ukraińców w Polsce, zdecydowaliśmy, że festiwal musi kontynuować realizację tego, co było w nim udane, włącznie z podkreśleniem obecności Ukrainy na tym wydarzeniu.

A kolejny przełomowy w historii Festiwalu moment był w Przemyślu?

– Tu znowu trzeba przypomnieć sobie kontekst wydarzeń. Istniał już Związek Ukraińców w Polsce z przygotowaną strategią, jasno wyznaczaliśmy swoje cele, potrzeby i życzenia. Ale właśnie wtedy szereg polskich organizacji rozpoczęło silną konfrontację z nami. Zarzucali nam, że ZUwP prowadzi działalność antypolską. Szczytem tych wydarzeń było podanie przez te organizacje do sądu żądania delegalizacji ZUwP. Najsilniejsze uderzenie skierowane było na Ukraińców żyjących w południowo-wschodniej Polsce, szczególnie na ziemi przemyskiej. Kierownictwo ZUwP zdecydowało się wesprzeć Ukraińców z tych regionów. Uważaliśmy, że takim wsparciem będzie Festiwal w Przemyślu, następnie zaczęła się trudna praca przygotowawcza, która odbywała się w warunkach konfrontacji z boku władzy ludowej. Jednakże, ta konfrontacja utwierdzała nas w przekonaniu co do słuszności podjętej decyzji. Koniec końców Festiwal się odbył, choć nie bez trudnych momentów, takich jak rzucona petarda, która tylko przez szczęśliwy zbieg okoliczności nie doprowadziła do tragedii. Bardzo nam wtedy pomogło zrozumienie naszych potrzeb z boku organów władzy centralnej. Dużo pracowaliśmy z Sejmową Komisją Mniejszości Narodowych, gdzie ważną rolę odgrywał Jacek Kuroń. Ówczesną atmosferę ilustruje epizod, kiedy jeszcze przed Festiwalem do udziału w negocjacjach w ramach komisji zaproszono organizacje, które żądały naszej likwidacji. Podczas wyjazdowe posiedzenia komisji w Przemyślu, bezzwłocznie wysunęli ultimatum - będą rozmawiać tylko wówczas, kiedy Ukraińcy zostaną usunięci z procesu negocjacyjnego. Komisja nie zgodziła się na taki szantaż, więc przedstawiciele tych organizacji wyszli z sali posiedzeń (potem jeszcze przez wiele lat zajmowali się propagandą antyukraińską). Odczuwalną dla nas pomoc stanowiło wsparcie podczas organizacji Festiwalu w 1997 r. z boku ówczesnego premiera Włodzimierza Cimoszewicza. Osobiście odwiedził nasze przemyskie wydarzenie. Dzięki temu w regionie pozostał kapitał moralny, który zmieniał kontakty z władzą lokalną i jednocześnie dawał siłę miejscowym ukraińskim organizacjom. Oprócz tego, rezultatem Festiwalu w Przemyślu było obniżenie aktywności organizacji, które chciały rozniecić konflikt polsko-ukraiński. Z dzisiejszej perspektywy można stwierdzić, że nasz spokój, konsekwencja, ale i zdecydowanie dały owoce w postaci obecności dwóch przedstawicieli społeczności ukraińskiej Przemyśla w Radzie Miasta, a także długo oczekiwanego przekazania Ukraińcom budynku Domu Ludowego (Narodnoho Domu).

Mówi Pan o dużym znaczeniu Festiwalu w regionach, jak więc rozumieć to, że na długi czas zatrzymał się on w znanej sopockiej Operze Leśnej?

– To zrozumiałe, że wydarzenie takiego formatu wygodniej przeprowadzać kilka raz pod rząd w jednym miejscu, gdzie łatwiej rozwiązać kwestie organizacyjne i finansowe. Ja jednak myślę, że Festiwal to coś więcej niż tylko wydarzenie kulturalne. Wydaje mi się, że Festiwal powinien wędrować, przy czym dla każdego regionu jego scenariusz musi być inny, bo ciągle zmieniają się warunki czy możliwości organizacyjne. Powinien też mieć zróżnicowaną, w zależności od warunków, ofertę, w tym i gości z Ukrainy. Propozycje z Ukrainy nie mogą być konkurencją dla tego, co na Festiwalu proponujemy od siebie. Razem powinny współtworzyć harmonijny pakiet oferty artystycznej, bogactwo której prezentujemy i polskiemu społeczeństwu.

Coraz popularniejsze stają się lokalne imprezy ukraińskie – regionalne watry, spotkania itd. Organizowane są zarówno przez struktury terenowe ZUwP, jak i przez inne organizacje. Takie imprezy „u siebie” cieszą się niemałym powodzeniem, dlatego rodzi się pytanie: „Czy dalej potrzebny jest nam duży centralny Festiwal?”.

– Rzeczywiście, możemy dziś mówić o ogromnej ilości regionalnych inicjatyw artystycznych na niezłym poziomie. Są dobrzy organizatorzy, jest otwarcie na polskie środowisko, w ślad za tym często idzie wsparcie samorządu lokalnego. Na tym budowana jest pozycja środowiska ukraińskiego w konkretnych miejscowościach, miastach, powiatach i gminach. To zresztą znaczące narzędzie naszej obecności w szeregach władzy lokalnej. Potwierdzeniem tego, że taki mechanizm istnieje i działa, jest udział kilkudziesięciu naszych kandydatów w ostatnich wyborach lokalnych. Taką aktywność trzeba wspierać, ale między inicjatywami lokalnymi i centralnym festiwalem nie może być kolizji. Pozostaje kwestią otwartą, jak często należy organizować taki Festiwal. Nie uważam, że aktywność w regionach neguje konieczność organizowania Festiwalu. W ciągu ostatnich lat, kiedy jestem członkiem Rady Głównej ZUwP, takie pytanie pojawiało się nie raz, jednak zawsze ostateczna decyzja była taka, że Festiwal trzeba organizować. Możliwe, że mamy problem z tym, w jaki sposób takimi narzędziami jak Festiwal i regionalne inicjatywy zarządzać, gdzie rozstawić akcenty itd.? Jednoznacznej odpowiedzi tu nigdy nie będzie, dlatego tak ważnym jest, by stworzyć strategię dla każdego z następnych Festiwali, a potem przeanalizować rezultaty. Dane z takich badań dałyby nam cenny materiał o rzeczywistej korzyści tych wydarzeń. Dlaczego by nie zrobić profesjonalnych badań socjologicznych wśród widzów?

Zaznaczał Pan potrzebę mobilności Festiwalu. Może byłoby słusznym, żeby znów zawędrował do Przemyśla i zagościł w Domu Ludowym, który, mamy nadzieję, ostatecznie zostanie zwrócony Ukraińcom?

– Nie warto w tym momencie wiązać Festiwal z Domem Ludowym. To wydarzenie było bronią ukraińskiej społeczności Przemyśla w przeszłości, a dziś przed Przemyślem stoją inne zadania. Przede wszystkim konieczność stworzenia instytucji z profesjonalnym menedżmentem, która realizując ciekawe projekty, będzie pracowała na potrzeby ukraińskiej społeczności i mieszkańców Przemyśla w ogóle. Oprócz tego, taka instytucja ma sprzyjać pogłębieniu transgranicznej współpracy z Ukrainą, realizując projekty spełniające nasze marzenie – wstąpienie Ukrainy do struktur zjednoczonej Europy. Skupienie się Domu Ludowego wyłącznie na działalności amatorskiej byłoby dla niego porażką. Ale oczywiście, pytanie, czy i na ile jakiś projekt czy projekty realizowane w Domu Ludowym mogą wpisać się w ideę Festiwalu, pozostaje otwarte.

W 2010 roku rozmawiał
Grzegorz Spodarek